Wszystkie wpisy, których autorem jest spirydia

Abyssus abyssum invocat

Abyssum

2016

  • Chaos jest wyższą formą ekspresji Jaźni, która jest niepojmowalna i niekomunikowalna bez struktury. W pogranicznym zaburzeniu osobowości strukturą jest jednostka chorobowa, którą można opisać w pewnych przypadkach jako burzliwą czkawkę uczuciową, w innych jako bulgotanie lawy i powolne wstrząsy skorupy ziemskiej, zwieńczone emocjonalnym tsunami. To nieustająca walka, by zdążyć przed pustką. Nawet jeśli borderowiec angażowałby się w swoje projekty z nieskończoną intensywnością, zatracając się w obiektach, pasjach lub podmiotach, i tak będzie rozpościerać się przed nim wielki krater przypominający czarną dziurę, w którą będzie miał ochotę skoczyć. Zamiast skakać, próbuje ją wypełnić, składając w jej wnętrzu kawałki siebie jak sakralną ofiarę. Szuka wyzdrowienia, zapominając, że we wszystkich swoich przedsięwzięciach terapeutycznych, od rana do wieczora, odżywia się  pustką i że tym samym dokarmia ją, powiększa ją, wypieszcza ją… Jest jak uroboros, który zjada swój własny ogon. Destrukcja jest jego odrodzeniem. Choroba jest jego strategią komunikacji i szansą na zrozumienie świata. Coniunctio oppositorum. Apokatastasis. Die Ewige Wiederkunft.

2014

  • Jestem jak Otchłań… w którą wrzucam miłość, przyjaźnie, przeczytane książki, stworzone koncepcje, projekty, stosy zapisanych kartek, stosy spalonych pamiątek, tuby farb, kredki, ziemię, glinę, kamienie, beczkę wina, beczkę soli, a co jakiś czas ziemia i tak się obsuwa i tworzy się nowa wyrwa… Otchłań jest wiecznie głodna… nigdy nie uwolniłam się od uczucia pustki, poczucia samotności i pytania o przynależność do tego świata i mojego w nim miejsca.

2013

  • Podążanie nurtem życia wydawało się naturalne, gdy niósł mnie silny prąd rzeki. Pewnego dnia jednak prąd zatrzymał się, nurt rzeki zaczął poruszać się ruchem dośrodkowym i wciągać mnie w swoje wiry. Od czasu do czasu ustawał, wyrzucając mnie na powierzchnię, nie wiedziałam, kim jestem i dokąd zmierzam. A potem zaczął się ruch odśrodkowy i znowu trzeba było nadążyć za prądem.

1995-1998

  • Jestem na granicy obłędu, u kresu wytrzymałości. Jeśli los mi nie odpuści, umrę. Z miłości, z niewiedzy, z szaleństwa, z braku chęci do życia. Umieram po kawałku. Krzyk to za mało. Żyć to za mało. Śmierć… Jest blisko.
  • Tyle bólu, to za dużo. Bóg, Bóg, Bóg… Deus absconditus…
  • Boże, gdzie jesteś? Jestem przy tobie. Wiem…
  • Absurd niemożliwości… Gdzie ja jestem ? Nawet nie „pomiędzy”, tylko gdzieś „po tamtej stronie”.
  • Ciekawość jest źródłem filozofii. Jest także źródłem zła, bo zachęca do niebezpiecznego przekraczania granic, nawet jeśli są to tylko granice naszego myślenia. Zło rodzi się w nas. Usidla nas, zamraża, sprawia, że czujemy się w sytuacji bez wyjścia. W gruncie rzeczy jest to więc piekło, które sami sobie fundujemy. Jestem żywym materiałem, na którym eksperymentuję w sposób najbardziej niebezpieczny, bo na własnej duszy. Coraz dalej odchodzę od tego, co kiedyś było dla mnie tak spójne i oczywiste – dobra, wiary, spokoju. Zaszłam już na tej drodze zbyt daleko, by powrócić do stanu niewinności. Muszę żyć ze skazą.
  • Lekkość. Anonimowość. Coś, co na chwilę zdjęłoby ze mnie ten uciążliwy balast. Tę patetyczną powagę, zdławiony krzyk. Maskarada balu przeciw złu.
  • Są osoby, które sięgają do najgłębiej ukrytych we mnie pokładów zła, wyzwalają najohydniejsze instynkty. Spotkania z nimi odczuwam jak uwięzienie w szprychach diabelskiego koła, którego wbrew swojemu instynktowi życia, nie jestem w stanie zatrzymać. Rozpoznaję w sobie najbardziej okrutne i odrażające postacie z bajek, które będąc mną, jednocześnie stoją z boku i patrzą jak przywodzę się do zguby. Zamykają się przede mną wszystkie drzwi. Nawiedzam w koszmarach sennych. Jestem jak dżuma, przed którą nie ma ucieczki. Sytuacja ta nie wyklucza działania. Jednak cokolwiek bym nie robiła, obsuwam się w dół. Tego nieuchronnego upadku nie jest zdolna powstrzymać żadna siła. Próbując ją przezwyciężyć pisząc, nie przestaję się jej poddawać. Opowiadam, ponieważ się osuwam. A słowa… są tyleż organizacją chaosu, co jego magicznym narzędziem. Moje słowa są symbolem niszczenia. Nie zaglądam do kotła. Ja w nim utknęłam.
  • Odkryłam w sobie pasję do intelektualnego rozporządzania  swoimi stanami i odczuciami innych. Czerpię z tego zgniłą przyjemność. Wiem, że to ucieczka przed nieznanym. Próba zachowania twarzy. Bardziej chodzi o niezmienność maski niż o prawdziwą twarz. Może stąd właśnie bierze się cynizm. Z braku pokory. Ze świadomości, że na poziomie intelektualnym nie ma niczego, co mogłoby cię zabić. Śmierć intelektu oznaczałaby unicestwienie podmiotu. Czysta mistyka. Coś, co przeraża zhardziałe ego.

1993-1994

  • To, co pod powierzchnią, ślizga się na pograniczu wytworów sztuki, naszej wyobraźni i ciemnej strefy, wykraczającej poza dobro i piękno ludzkiej istoty. Na powierzchni żyje to, za pomocą czego postrzegają nas inni. Na powierzchni mieszka naturalne pragnienie, ogarniające i porządkujące rzeczywistość. Jest to estetyczne pragnienie ładu i harmonii, niezbędne do odnajdywania koniecznych wartości. To, co pod powierzchnią należy do domeny cierpienia, pożądań i mrocznych lęków.
  • Pod maską spokoju czai się, spętla myśli i omamia nieznana siła destrukcji. Nie mogę skupić się na rzeczach istotnych. Coś mnie opętało. Jestem krzykiem.
  • Żyję pusto i powierzchownie. Nie mogę wydostać się z tej klatki; nie potrafię się zanurzyć. I nie mam dokąd uciec.
  • Czuję, że znowu nieuchronnie zbliżam się do tego paskudnego miejsca, pozbawionego złudzeń. Nikt nie uczy miłości. Nikt nie mówi o miłości. Jestem zgubiona.
  • Jest jeszcze gorzej niż w piekle. Waham się w sprawach istotnych.
  • Ciemne siły wzrastają w siłę, gdy zło nie jest zduszone w zarodku. Zło powraca, gdy w porę nie dostrzegamy niebezpieczeństwa, a światło jest zbyt słabe, by rozproszyć ciemność.
  • Gdzie jest kres bólu?

 

Tanatalogiczny paradygmat zmiany

Tanatalogiczny paradygmat zmiany

Życie podlega nieustannym zmianom. Czasem sami je prowokujemy, szukając bodźców do własnego rozwoju, chcemy sprawdzić się w nowych sytuacjach, rozwinąć pożądane umiejetności, poznać ciekawych ludzi, zwiedzić interesujące miejsca, podbić świat… Kiedy zmiana zależy od nas, nawet gdy budzi niepokój i niepewność jutra, jest fascynująca; traktujemy ją jako wyzwanie, które unosi nas z nurtem rzeki życia i otwiera przed nami nowe horyzonty. Kiedy jednak zmiana jest nieprzewidywalna, wywołana przez czynniki zewnętrzne lub od nas niezależne: choroba, wypadek, utrata pracy, lub majątku, doświadczenie przemocy, zdrada, rozstanie, śmierć bliskiej osoby, katastrofa naturalna lub ekonomiczna, mówimy  wówczas o negatywnym doświadczeniu, o kryzysie, dołku, upadku, załamaniu, recesji.

Pochodzenie słowa kryzys odsyła do greckiego korzenia κρίσις (krisis) – oznacza ono wybór i podjęcie decyzji. Przyjmując definicję kryzysu za punkt wyjścia, musimy zgodzić się z tym, że każda zmiana, pożądana lub nie,  może stać się przełomem i punktem zwrotnym w dotychczasowym postrzeganiu i doświadczaniu świata. Pytanie polega jedynie na tym czy uznamy ją za problem, który doprowadzi do bezruchu, zapaści, regresu, degradacji, czy  też za wyzwanie, które należy podjąć? Zmiana jest niedłączną częścią ludzkiego doświadczenia, wpisaną w proces naszego rozwoju. Zmiana to kryzys polegający na niszczeniu naszych zesztywniałych światopoglądów i wyobrażeń o tym, kim jesteśmy. Zmiana jest szokiem dla naszych przyzwyczajeń zasiedziałych w strefie komfortu, który burzy porządek rzeczy i nadaje mu nową strukturę:  zaskakuje nas śmiercią i wymusza narodziny.

Koncepcję „faz umierania” Elisabeth Kubler-Ross i jej tanatologiczny paradygmat zmiany, można z powodzeniem zastosować w każdej dziedzinie życia, w której coś tracimy, czegoś jesteśmy pozbawieni, coś nam się odbiera, lub coś nieoczekiwanie wali nam się na głowę.  Na podstawie swojego wieloletniego doświadczenia w opiece paliatywnej i pracy z umierającymi, szwajcarska lekarka opisuje fazy, towarzyszące procesowi zmiany, którą jest umieranie. Śmierć jest zmianą ostateczną i nieodwracalną, odnosi się do cierpienia spowodowanego utratą bliskiej osoby, ale może być także wyrokiem dla pacjenta, który znajduje się w terminalnej fazie choroby. Kiedy coś kończy się w naszym życiu, ocieramy się o śmierć, przechodząc przez różne stadia psychologiczne umierania. Nasz system wartości i reakcje na otoczenie przekształcają się w zależności od tego, w jakiej fazie procesu znajdujemy się.

FAZA PIERWSZA – ZAPRZECZENIE I SZOK – To niemożliwe!

Początkowo nie jesteśmy świadomi procesu zmiany, jaki szykuje się za naszymi plecami, dlatego pierwszą reakcją na informację o nadchodzącym kryzysie jest niedowierzanie.

Dlaczego miałbym wyprowadzać się z domu, który należał od pokoleń do mojej rodziny? Dlaczego miałbym opuszczać firmę, w której jestem dyrektorem od 9 lat? Dlaczego mój partner chce ode mnie odejść, skoro się kochamy? Dlaczego mieliby zdiagnozować u mnie raka, skoro zdrowo się odżywiam i nikt w mojej rodzinie nie chorował na tę chorobę? To niemożliwe, że mój przyjaciel nie żyje, jeszcze wczoraj rozmawialiśmy przez telefon, a za tydzień mieliśmy jechać razem w góry!  Dlaczego miałbym umrzeć skoro  istnieją leki i terapie, mogące mnie wyleczyć lub przedłużyć mi życie?

 W reakcji obronnej, z powodu szoku, izolujemy się od reszty świata i swoich prawdziwych emocji, w których czai się paraliżujący lęk przed zmianą. Nie jesteśmy gotowi stawić czoła wyrokowi, który zapadł. Zdaje nam się, że śnimy jakiś koszmar, z którego nazajutrz się wybudzimy i wszystko wróci do normy.

FAZA DRUGA – GNIEW – Dlaczego ja?

W końcu dociera do mnie prawda:

Mój dom zostanie wyburzony z powodu przebudowy terenu, decyzja jest prawomocna. Firma znalazła nowego inwestora, który przejmie zarządzanie personelem i powoła nowego dyrektora. Mój partner ma dziecko z inna kobietą. Powtórna konsultacja u onkologa i wynik moich badań, potwierdziły diagnozę. Odwiedziłem krematorium, by rozpoznać ciało zmarłego przyjaciela. Terapie nie przynoszą oczekiwanych rezultatów, zostało mi kilka miesięcy życia.

Ogarnia mnie fala złości wobec arbitralnej władzy, wobec partnera, wobec lekarzy, wobec zmarłego przyjaciela, który mnie opuścił i wobec niesprawiedliwości losu, który mi go zabrał. Ogarnia mnie wściekłość wobec samego siebie: że nie byłem zbyt czujny, zbyt przedsiębiorczy, że byłem zbyt naiwny, że nie okazywałem zbyt dużo uczuć, że nie miałem czasu na podróże. Dlaczego właśnie ja? Nie zasługuję na to! To niesprawiedliwe!

FAZA TRZECIA – TARGOWANIE SIĘ – Wybaczę ci zdradę, ale nie odchodź!

W trzeciej fazie próbujemy odraczać nieuchronny wyrok, zawierając nierealne układy, targując się i za wszelką cenę pragnąc oddalić lub opóźnić konfrontację z bolesną rzeczywistością.

Piszemy petycję w sprawie domu, próbujemy przekonać inwestora o naszych walorach, niezbędnych dla rozwoju przedsiębiorstwa, skarżymy się przed sądem, akceptujemy obecność dziecka z nieprawego łoża, żeby tylko zatrzymać przy sobie partnera, szukamy nowych alternatywnych terapii uzdrawiania, składamy obietnice Bogu i obiecujemy poprawę, żeby tylko pozwolił nam doczekać wnuka, prawnuka lub najbliższych świąt Bożego Narodzenia.

Te rytuały magiczne zastępują natężenie kipiącego w nas gniewu i paraliżującego lęku, działaniami z pozoru racjonalnymi, które pozwalają naszemu mózgowi zasymilować informacje bez nużania się w silnym emocjach. Przez chwilę udaje nam się uzyskać iluzoryczną kontrolę nad losem. Jednak mimo zabiegów mających na celu powstrzymanie emocjonalnego tsunami, prędzej czy później nasze negocjacje kończą się w ślepej uliczce, uświadamiamy sobie własną bezsilność i dochodzi ostatecznie do załamania.

 FAZA CZWARTA – DEPRESJA – Życie nie ma sensu

Kiedy wszelkie środki negocjacji i targów zostały wyczerpane, usta bogów, na które patrzyliśmy w fazie trzeciej z nadzieją, teraz formułują jednomyślnie sylabę: „nie”, wszystkie drzwi się zamykają, dociera do nas w końcu fakt, że nie ma szans na poprawę, że nie można zatrzymać biegu zdarzeń, ani spowolnić tykania bomby zegarowej, która zaraz wybuchnie. Odtąd wszystko będzie wyglądać coraz gorzej, jakość naszego życia będzie się pogarszać z dnia na dzień. Zaczyna ogarniać nas bezwład i apatia. Wszystko straciło sens. Wchodzimy w fazę smutku, użalania się nad sobą i rozpaczy. W końcu kapitulujemy, chowając się do swojej skorupy. Ta krytyczna faza jest fazą wyboru. Choć powinniśmy dać sobie odpowiednio dużo czasu na płacz i na uhonorowanie smutku w sercu, musimy w końcu zdecydować, czy pozostaniemy ofiarą losu, czy weźmiemy los w swoje ręce.

FAZA PIĄTA – AKCEPTACJA – Nie będę dłużej z tym walczyć, co ma być, to będzie.

Wyburzą mój dom, stracę stanowisko, mój parter odejdzie ode mnie, mój przyjaciel nie żyje, mam raka, wkrótce umrę… co ma być, to będzie.

W tej fazie jestem gotowy, by stawić czoła nadchodzącemu kryzysowi. Nie jestem ofiarą złośliwych bogów, ani okrutnego losu, ale jednostką która decyduje świadomie o tym, czego i jak doświadcza. Wyrok staje się punktem zwrotnym mojego oporu, otwarciem świadomości i początkiem oświeconej mądrości. Na tym etapie nie jesteśmy jeszcze w stanie wyciągnąć wniosków z okrutnej lekcji życia, ale zdołaliśmy zneutralizować jej okrucieństwo, zatoczyć krąg i odzyskać względny spokój i równowagę, z której wytrąciła nas zmiana.

Każdy z nas jest niepowtarzalny i będzie reagował na sytuację kryzysową z różnym natężeniem. Czas trwania poszczególnych faz i wytwarzane w nich mechanizmy, zależą od czynników indywidualnych i od ciężaru nadchodzącej zmiany. Niektóre stadia u poszczególnych jednostek mogą trwać latami, u innych będą zmieniać się płynnie w odstępach regularnych i relatywnie szybko. Śmierć jest dynamiką życia; umieranie i żałoba są procesem ewolucji jednostki, prowadzącym ze wstrząsu i dezintegracji, do uwalniania się od przywiązań i ponownego połączenia z Jaźnią.

zmiana

Cytowane źródło: Elisabeth Kubler-Ross, Rozmowy o śmierci i umieraniu, rok wydania 2007, wydawnictwo: Media Rodzina