Chaos jest wyższą formą ekspresji Jaźni, która jest niepojmowalna i niekomunikowalna bez struktury. W pogranicznym zaburzeniu osobowości strukturą jest jednostka chorobowa, którą można opisać w pewnych przypadkach jako burzliwą czkawkę uczuciową, w innych jako bulgotanie lawy i powolne wstrząsy skorupy ziemskiej, zwieńczone emocjonalnym tsunami. To nieustająca walka, by zdążyć przed pustką. Nawet jeśli borderowiec angażowałby się w swoje projekty z nieskończoną intensywnością, zatracając się w obiektach, pasjach lub podmiotach, i tak będzie rozpościerać się przed nim wielki krater przypominający czarną dziurę, w którą będzie miał ochotę skoczyć. Zamiast skakać, próbuje ją wypełnić, składając w jej wnętrzu kawałki siebie jak sakralną ofiarę. Szuka wyzdrowienia, zapominając, że we wszystkich swoich przedsięwzięciach terapeutycznych, od rana do wieczora, odżywia się pustką i że tym samym dokarmia ją, powiększa ją, wypieszcza ją… Jest jak uroboros, który zjada swój własny ogon. Destrukcja jest jego odrodzeniem. Choroba jest jego strategią komunikacji i szansą na zrozumienie świata. Coniunctio oppositorum. Apokatastasis. Die Ewige Wiederkunft.
2014
Jestem jak Otchłań… w którą wrzucam miłość, przyjaźnie, przeczytane książki, stworzone koncepcje, projekty, stosy zapisanych kartek, stosy spalonych pamiątek, tuby farb, kredki, ziemię, glinę, kamienie, beczkę wina, beczkę soli, a co jakiś czas ziemia i tak się obsuwa i tworzy się nowa wyrwa… Otchłań jest wiecznie głodna… nigdy nie uwolniłam się od uczucia pustki, poczucia samotności i pytania o przynależność do tego świata i mojego w nim miejsca.
2013
Podążanie nurtem życia wydawało się naturalne, gdy niósł mnie silny prąd rzeki. Pewnego dnia jednak prąd zatrzymał się, nurt rzeki zaczął poruszać się ruchem dośrodkowym i wciągać mnie w swoje wiry. Od czasu do czasu ustawał, wyrzucając mnie na powierzchnię, nie wiedziałam, kim jestem i dokąd zmierzam. A potem zaczął się ruch odśrodkowy i znowu trzeba było nadążyć za prądem.
1995-1998
Jestem na granicy obłędu, u kresu wytrzymałości. Jeśli los mi nie odpuści, umrę. Z miłości, z niewiedzy, z szaleństwa, z braku chęci do życia. Umieram po kawałku. Krzyk to za mało. Żyć to za mało. Śmierć… Jest blisko.
Tyle bólu, to za dużo. Bóg, Bóg, Bóg… Deus absconditus…
Boże, gdzie jesteś? Jestem przy tobie. Wiem…
Absurd niemożliwości… Gdzie ja jestem ? Nawet nie „pomiędzy”, tylko gdzieś „po tamtej stronie”.
Ciekawość jest źródłem filozofii. Jest także źródłem zła, bo zachęca do niebezpiecznego przekraczania granic, nawet jeśli są to tylko granice naszego myślenia. Zło rodzi się w nas. Usidla nas, zamraża, sprawia, że czujemy się w sytuacji bez wyjścia. W gruncie rzeczy jest to więc piekło, które sami sobie fundujemy. Jestem żywym materiałem, na którym eksperymentuję w sposób najbardziej niebezpieczny, bo na własnej duszy. Coraz dalej odchodzę od tego, co kiedyś było dla mnie tak spójne i oczywiste – dobra, wiary, spokoju. Zaszłam już na tej drodze zbyt daleko, by powrócić do stanu niewinności. Muszę żyć ze skazą.
Lekkość. Anonimowość. Coś, co na chwilę zdjęłoby ze mnie ten uciążliwy balast. Tę patetyczną powagę, zdławiony krzyk. Maskarada balu przeciw złu.
Są osoby, które sięgają do najgłębiej ukrytych we mnie pokładów zła, wyzwalają najohydniejsze instynkty. Spotkania z nimi odczuwam jak uwięzienie w szprychach diabelskiego koła, którego wbrew swojemu instynktowi życia, nie jestem w stanie zatrzymać. Rozpoznaję w sobie najbardziej okrutne i odrażające postacie z bajek, które będąc mną, jednocześnie stoją z boku i patrzą jak przywodzę się do zguby. Zamykają się przede mną wszystkie drzwi. Nawiedzam w koszmarach sennych. Jestem jak dżuma, przed którą nie ma ucieczki. Sytuacja ta nie wyklucza działania. Jednak cokolwiek bym nie robiła, obsuwam się w dół. Tego nieuchronnego upadku nie jest zdolna powstrzymać żadna siła. Próbując ją przezwyciężyć pisząc, nie przestaję się jej poddawać. Opowiadam, ponieważ się osuwam. A słowa… są tyleż organizacją chaosu, co jego magicznym narzędziem. Moje słowa są symbolem niszczenia. Nie zaglądam do kotła. Ja w nim utknęłam.
Odkryłam w sobie pasję do intelektualnego rozporządzania swoimi stanami i odczuciami innych. Czerpię z tego zgniłą przyjemność. Wiem, że to ucieczka przed nieznanym. Próba zachowania twarzy. Bardziej chodzi o niezmienność maski niż o prawdziwą twarz. Może stąd właśnie bierze się cynizm. Z braku pokory. Ze świadomości, że na poziomie intelektualnym nie ma niczego, co mogłoby cię zabić. Śmierć intelektu oznaczałaby unicestwienie podmiotu. Czysta mistyka. Coś, co przeraża zhardziałe ego.
1993-1994
To, co pod powierzchnią, ślizga się na pograniczu wytworów sztuki, naszej wyobraźni i ciemnej strefy, wykraczającej poza dobro i piękno ludzkiej istoty. Na powierzchni żyje to, za pomocą czego postrzegają nas inni. Na powierzchni mieszka naturalne pragnienie, ogarniające i porządkujące rzeczywistość. Jest to estetyczne pragnienie ładu i harmonii, niezbędne do odnajdywania koniecznych wartości. To, co pod powierzchnią należy do domeny cierpienia, pożądań i mrocznych lęków.
Pod maską spokoju czai się, spętla myśli i omamia nieznana siła destrukcji. Nie mogę skupić się na rzeczach istotnych. Coś mnie opętało. Jestem krzykiem.
Żyję pusto i powierzchownie. Nie mogę wydostać się z tej klatki; nie potrafię się zanurzyć. I nie mam dokąd uciec.
Czuję, że znowu nieuchronnie zbliżam się do tego paskudnego miejsca, pozbawionego złudzeń. Nikt nie uczy miłości. Nikt nie mówi o miłości. Jestem zgubiona.
Jest jeszcze gorzej niż w piekle. Waham się w sprawach istotnych.
Ciemne siły wzrastają w siłę, gdy zło nie jest zduszone w zarodku. Zło powraca, gdy w porę nie dostrzegamy niebezpieczeństwa, a światło jest zbyt słabe, by rozproszyć ciemność.